Dziś, przeglądając "Moje życie z Mozartem", zauważyłam fragment o kocie. A więc autor też ma kota! Nawet nie wiecie jak mnie to ucieszyło.
Od lat, jako miłośniczka i posiadaczka zwierząt, oceniam ludzi przez pryzmat ich zwierząt. To, czy ktoś ma zwierzaka i jak go traktuje dużo mówi o człowieku. Jestem w tej ocenie konsekwentna i bezwzględna. To mam zresztą rodzinne. Gdy jedna z moich ciotek sprawiła sobie psa, po czym zamknęła go w piwnicy, bo przekopywał jej ogródek, moja mama bez wahania wezwała towarzystwo opieki nad zwierzętami. Już nie muszę mówić, że z ciotką nie utrzymujemy kontaktów?
Zwierzęcia nie można traktować jak przedmiotu. Ono nie stanie posłusznie w tym miejscu, które mu wskażesz, nie będzie merdać ogonem czy mruczeć na rozkaz. Zwierzę to odpowiedzialność. Będzie cię kochać, ale tylko wtedy, jeśli ty też mu coś poświęcisz. Czasem sobie myślę, że zwierzęta zesłał nam Bóg jako sprawdzian przykazania "kochaj bliźniego swego jak siebie samego". Zwierzęciem musimy opiekować się bezinteresownie. Ono nam nie zrobi w zamian przelewu na konto, nie załatwi lepszej pracy, nie pozna z ciekawymi ludźmi. Ono nam czasem nawet nie da satysfakcji posiadacza pięknej rzeczy.
Dla wielu ludzi ta bezgraniczna miłość do zwierzęcia jest sprawdzianem nie do napisania. Efekty tego testu znajduje sie potem przywiązane do drzew w lasach, wyrzucone na drogę czy w klatkach azylu dla zwierząt. Gdy słyszę o takich historiach, mam nadzieję, że tam, na górze, siedzi ktoś z wielką listą nazwisk i stawia wielkie minusy w odpowiednich miejscach. I mam nadzieję, że robi to niezależnie od tego, jak często taki "bliźni" odwiedzają kościoły.
Mam nadzieję, że ja zdaję swój egzamin. A kot, który właśnie leży na połowie mojej klawiatury i uniemożliwia mi pisanie, może to poświadczyć.
Komentarze (1)
Gość Amber 29.06.2011