Ostatnio odezwała się do mnie dawna koleżanka. Szczęśliwa mieszkanka prowincji, dla której radością jest codzienne wyglądanie przez okno na ogród pełen ptaków i roślin, pieczenie chleba w starym piecu i podbieranie jajek domowym kurom. I tak mówiła o swoim szczęściu, bez kompleksów prowincjuszki wobec miasta, bez żalu, że nie robi zawodowej kariery, że aż mi się przyjemnie na sercu zrobiło.
Żeby była jasność - mnie podbieranie jajek kurom nie zachwyca, bo istotą jestem na wskroś miejską. Ale zawsze byłam przekonana, że jeśli coś sprawia człowiekowi radość, należy to robić bez względu na to, czy podoba się innym. Nie chcesz być prezesem korporacji tylko przykładna gospodynią domową? Chwała ci za to, życzę ci, żebys piekła najlepsze ciasto na świecie. Ale i w drugą stronę - nie kręć nosem, że ktoś nie hoduje lawendy we własnym ogródku, jeśli szczytem jego marzeń jest czerwone porsche.
Nie wiem jak wy, ale ja jestem za wolnością wyboru tego, co nam daje szczęście.
Komentarze (1)
Vanda 19.08.2010