W pokoju obok siedzi zmartwiona koleżanka. Oczy podkrążone, blada twarz, usta ściągnięte. Aż żal patrzeć. Zapytałam, co się stało. Jak się okazało, ktoś jej zrobił straszne świństwo. I to takie, z którym nie da się walczyć za pomocą prawa, a szkody należą raczej do moralnych niż fizycznych. - No i co zrobić z czymś takim? - pyta koleżanka. - Jak to jest, że ktoś komuś wyrządza krzywdę i pozostaje bezkarny?
Otóż nie pozostaje. I nie chodzi mi tu o nasyłanie na krzywdziciela ukraińskiej mafii. Wiem, że moje stwierdzenie podchodzi bardziej pod mistykę, ale daję sobie obciąć obie ręce za to co powiem - istnieje coś takiego jak wyższa sprawiedliwość. Może to sprawiedliwość nierychliwa, może krzywdy nie zostaną pomszczone natychmiast, ale za to zostaną pomszczone bezlitośnie. Wiele razy się z tym spotkałam. Przykład pierwszy - pani A. miała okropnego szefa. Psychicznego sadystę, lubiącego poniżać swoich pracowników. Szczególną satysfakcję sprawiało mu publiczne obrzucanie ich obelgami czy wrzeszczenie na delikwenta. Szef dostał wylewu, który szczególnie poraziło mu ośrodek mowy. Wrócił do siebie, ale kłopoty z mówieniem ma do dziś, więc zamiast być szefem, siedzi na rencie. Przykład drugi - pani B. była zaręczona. Już była wyznaczona data ślubu, gdy B. nakryła swojego narzeczonego na zdradzie. Do ślubu nie doszło. Po kilku latach do B. doszły informacje, że były narzeczony bierze rozwód w dramatycznych okolicznościach, a przyczyną rozwodu były spektakularne zdrady małżonki...
Przykłady mogę mnożyć, pełno ich w moim otoczenia. Napawają mnie nieustającą nadzieją i wiarą w wyższą sprawiedliwość. A także dyscyplinują - bo jeśli nic nie zostaje bez odpłaty, to ja także mogę zostać ukarana za zło, które wyrządzę. Dlatego staram się raczej rozsiewać dobrą energię licząc, że dobre uczynki także zaprocentują.
Komentarze (0)
Brak komentarzy