Witajcie, kochani:-)
Wiem, że troszkę was zaniedbuję ostatnio, ale mam kryzys przedwiosenny (i tego sie będę trzymać), którego skutkiem sa między innymi nieustanna irytacja i boksowanie sie w rzeczywistością. Pamiętacie, jak kiedys pisałam, że w walkach ja vs. reality stosuje metode aikido? Schodzenie z linii ciosu? No więc teraz zdecydowanie tracę dystans i idę w zwarcie. Ze wszystkim. Obrywa się wspólpracownikom, ludziom obcym i przyjaciołom. Co do tych ostatnich mam chociaż tyle przyzwoitości, żeby im powiedzieć "słuchajcie, wiem, prawdziwa zołza ze mnie, nie przejmujcie się, to minie". Mam tylko nadzieję, że będą cierpliwi.
Właśnie - macie w swoim otoczeniu taką zołzę? Osobę niemiłą, drażliwą, która nie daj boże pokrzykuje i nie da sie z nią porozmawiać? Na pewno. Szef, koleżanka z pracy, teściowa może? Jaką macie metodę na radzenie sobie z nimi? Próbujecie dyskutować, a może kładziecie uszy po sobie? A może wolicie metodę "oko za oko"?
I czy kiedykolwiek zastanawialiście się, co jest przyczyną tego, że ten człowiek jest jaki jest? Przyznaję, zawsze mnie irytowało, kiedy w tramwaju natknęłam się na chamskiego emeryta, który co prawda żwawo przebiegnie cały wagon, ale przy twoim fotelu już narzeka, że on słaby, wycieńczony i na dodatek inwalida a ty nie wstajesz. Zawsze też uważałam, że osoba poruszająca się o lasce może powiedzieć "przepraszam", zamiast ta laską odsuwać cię na bok albo walić po nogach. Kalectwo, uważałam, albo niepełna sprawność, nie jest usprawiedliwieniem dla bycia nieuprzejmym. Ale teraz, kiedy sama jestem niegrzeczna myślę, że przecież wspomniani przyjaciele powinni być wyrozumiali, bo ja mam gorszy okres i przecież ich o tym ostrzegłam. Jak widać punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Czy więc - powinniśmy być dla wszystkich wyrozumiali?
Bo przecież powiedziano "Kochaj bliźniego swego jak siebie samego"
Komentarze (1)
Gość Studentka 12.03.2011