Hej, hej, kochani. Dziś Dzień Kobiet. I choć niektórzy mówią, że to komunistyczny przeżytek (szczególnie ci, którzy szukają usprawiedliwienia dla tego, żeby nie dać jakiejś pani choćby czekoladki), to ja życzę paniom wszystkiego najlepszego. I nie tylko w tym dniu.
Tego, żeby mogły jeść czekoladę i nie tyć.
Albo tyć, ale się tym nie przejmować.
Albo żeby jeść śledzie pod setkę, jeśli nie lubią czekolady i żeby nikt im nie zwracał uwagi, że alkohol jest niekobiecy.
Żeby omijał was cellulit, rak piersi i choroby dzieci. Albo dzieci.
I żebyście mogły nareszcie robić to co chcecie, a nie to, co wam każe mąż/kultura/religia.
Nie bez kozery piszę to dzisiaj - bo szczególnie w Dzień Kobiet widać, jak wiele ścian nas otacza. Nierówne płace, podwójna praca - na etacie i w domu, prawo, które nie każe pracodawcy za pytanie o to, czy planujemy ciążę, schematy, według których kobieta w krótkiej spódniczce "prowokuje". Owszem, to feministyczne, ale zawsze nienawidziłam nierównego traktowania. Jeśli mężczyzna wypija codziennie po pracy jedno piwo, się relaksuje. Kobieta wpada w alkoholizm. Jeśli on nie dba o dzieci, to "zarabia na rodzinę". Ona jest wyrodną matką. On nie chce mieć dzieci to jest kawalerem, a potem statecznym kawalerem. Ona jest dziwaczką, stara panną albo "babochłopem". Ja bynajmniej nie chcę, żeby panów potepiano, żeby była jasność. Chciałabym tylko, żeby nikt nie uważał, że ma prawo do wtrącania się w moje życie intymne tylko dlatego, że jestem kobietą.
Może wyda się wam dziwne, że piszę o tym na stronie Schmitta. Ale czy ten pisarz nie udowodnił, że jak mało kto rozumie kobiety?
Komentarze (1)
Gość behemotka 09.03.2011