19 maja
Cwaniactwo górą
28.03.2011 godz. 14:44

Uch, kochani, prawdziwie dzisiaj szewski poniedziałek. Z powodu zmiany czasu znowu wstaję jak na zewnątrz jest jeszcze ciemno, zmieniono organizację autobusów, więc na spotkanie z szefem biegłam ( w szpilkach), po czym okazało się, że moje spotkanie znienacka odwołano:-( A potem nastąpił cały szereg pytań od różnych ludzi, którym nie muszę udzielać odpowiedzi, ale którzy postanowili zapytać akurat mnie, bo tak było prościej. Na dodatek część z tych pytań zaliczała się do gatunku idiotycznych. Więc z uporem godnym maniaka od rana odmawiam zeznań i odsyłam do właściwych komórek, chociaż odpowiadanie zapewne byłoby łatwiejsze. A na pewno zajęłoby mniej czasu.

Dlaczego więc to robię? Dla zasady.  Bo nie lubię robić czegoś za kogoś. Zwłaszcza gdy wiem, że za nieróbstwem nie stoją jakieś szczególne powody, a na przykład tylko lenistwo (nawet kaca zrozumiem). Nie cierpię ludzi, którzy sie "wożą" na grzbietach innych osób. Znacie takich? Z całą pewnością, bo cwaniaków niestety dookoła nas jest sporo. A nie wiem czemu, ale ten, kto daje się wykorzystywać, nie budzi współczucia, a pogardę. Naiwniaków się nie szanuje, z naiwniaków ludzie się śmieją. Jak się naiwniaka wykorzysta, to powód do dumy.

Kiedyś mi się wydawało, że pracowitość jest zaletą. Teraz chyba straciła na wartości - nie jest ważne, czy dobrze pracujesz, grunt, żebyś umiał to sprzedać. A jeżeli na twój sukces pracują inni, tym lepiej jesteś postrzegany - jako zdolny menedżer, kierownik, inspiracja wreszcie.

Mam, za przeproszeniem, w nosie taką inspirację. Wystarczająco się naharowałam kiedyś za swoja szefową, stosującą metodę wyuczonej bezradności. Tego ona nie umie, tamtego nie, nie umie posługiwać się tym programem, nie umie obrobić zdjęcia...generalnie jest "taka mala". Ale do zbierania dodatkowych pieniędzy, premii i pochwał to była pierwsza. I nikt nie dbał o to, że robiło się za nią, bo każdy z członków zespołu miał elementarne poczucie obowiązku. Już nie mówiąc o tym, że każdy z nas tę pracę po prostu lubił.
Ale, jak mówi powiedzenie, dopóty dzban wodę nosi, dopóki mu się ucho nie urwie. No więc już z tamta pania nie pracuję i z tego co wiem, ma ona duże kłopoty ze znalezieniem kogoś do zespołu. Bo może i szefowie tych szarych mrówek-robotnic nie widzieli i na wyzysk - tak, tak, wyzysk - nie reagowali, ale fama się rozniosła. Od tamtej pory przy każdym zajęciu stosuję zasadę "pomoc - tak, wykorzystywanie - nie". Nawet jeśli wychodzę na wredną sucz.

A wy - jak sobie radzicie z leniami-cwaniakami?

Dodaj komentarz

 

Komentarze (0)

Brak komentarzy