6 lutego

Wywiady

 

Wypowiedzi Schmitta (wyimki z wywiadów)

Z wywiadu z Laurence Liban dla „L’Express” (01.02.1995)

Sukces to coś, co do nas nie należy, coś, nad czym nie mamy żadnej władzy. Wielu autorów nie umie sobie z tym radzić. (...) Tak naprawdę jednak sukces oznacza, że przynależy się do swojej epoki, że jest się jak struna, która wibruje z duchem czasu.
 
Myślę, że świat wypełniony jest sensem, który pozostaje ukryty. Owa obietnica sensu, która czyniłaby ze mnie nie filozofa absurdu w stylu Camusa czy Sartre’a, lecz filozofa tajemnicy, nie chroni, rzecz jasna, od rozpaczy.
 
Pisząc dla teatru, muszę uwzględnić tyle parametrów, że tworzą one rodzaj kontrolowanej wolności, w której czuję się najlepiej. Jestem jak poeta piszący aleksandrynem. W powieści wolność autora jest tak nieograniczona,
że aż przerażająca.
 

Z wywiadu z François Busnel dla „L’Express” (01.11.2007)

Studiowałem filozofię, żeby wyleczyć się jakiejkolwiek formy ideologii, włącznie z ideologią ateistyczną – której nie podzielam. Mam głęboki szacunek dla niewiary i ateizmu, ale sam jestem wierzącym agnostykiem. Na pytanie: „Czy Bóg istnieje?”, odmawiam kategorycznej odpowiedzi. Odpowiadam: „Nie wiem, ale wierzę, że tak”.
 

Z wywiadu z Mélanie Carpentier i Thomasem Yadan dla „L’Evène.fr” (październik 2005)

Jestem egzystencjalistą bliższym Pascalowi niż Sartre’owi. Tam gdzie Sartre widzi absurd, coś pozbawionego znaczenia, ja widzę tajemnicę, jakiś sens, który mi umyka. Myślę, że jeśli nie jesteśmy w stanie pojąć świata, to
z powodu ograniczeń naszego umysłu, a nie ograniczoności świata. (...) W przeciwieństwie do Sartre’a, który był egzystencjalistą ateistycznym, jestem egzystencjalistą wierzącym.
 
Doskonale rozumiem pesymizm, rezygnację. Jednak czasem jest to pewna poza, dzięki której w naszym społeczeństwie uchodzi się za kogoś bardziej inteligentnego. I właśnie to mnie szczególnie irytuje. Nie ma dziś nic łatwiejszego niż być cynikiem i pesymistą. Pesymizm stał się współczesnym przesądem, nowomową naszych czasów. Kiedy ktoś jest optymistą, mówi się, że jest prostakiem, że nie wie, co to nieszczęście. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie, optymista to ktoś, kto dobrze wie, czym jest nieszczęście, ale nie godzi się na nie.   
 
W swej prostoduszności wierzę, że książki mogą czemuś służyć. Książki i muzyka zmieniły moje życie, wzbogaciły mnie, uczyniły kimś innym. To co opisuję w Moim życiu z Mozartem, jest prawdą. Muzyka wiąże się z moim życiem intymnym i duchowym. Muzyka rozwija naszą duchowość, przynosi wytchnienie, pociesza, przywraca radość, pogodę ducha, pobudza nas do tańca, do śpiewu. Ale o tej jej niezwykłej mocy w ogóle się nie rozmawia. Prowadzi się głupie pogawędki w stylu: „Lubię tego piosenkarza, tego muzyka”, „Czy słyszałeś już to wykonanie?”. Jak gracze
w golfa gadający o dziurach na polu golfowym. Sztuka może dać nam coś, czego nie jest nam w stanie dać filozofia. Filozofia stara się zrozumieć. Sztuka natomiast wychwala, sławi. Malarstwo sławi to co widzialne, muzyka – to co niewidzialne. Pisarz sławi ludzkie życie w całej jego złożoności. Sztuka pomaga nam żyć.
 
Piszę o nadziei w świecie pozbawionym nadziei. Płynę pod prąd.
 

Z wywiadu z Mélanie Carpentier i Thomasem Yadan dla „L’Evène.fr” (styczeń 2009)

Kiedy piszę, przestaję istnieć, staję się kimś innym. Piszę z tego samego powodu, dla którego się czyta: aby stać się kimś, kim się nie jest. Poprzez pisanie szukam innego losu, dzięki wyobraźni wykraczam poza moje ego.
 

Z wywiadu dla „Les dossiers de la Bible”, 2003, nr 100

Słowo „szczęście” oznacza dla mnie dwie rzeczy: podrobiony towar i cenne dobro w głębi mnie. Podrobionym towarem jest to, co nasza epoka sprzedaje, aby zaspokoić wszystkie moje pragnienia: być młodym, opalonym, mieć piękny samochód itd. Szczęście czysto gastryczne, do skonsumowania. Ale jak powiedziałby Kant, to zaledwie wyobrażony ideał: nigdy nie zdołam zaspokoić wszystkich moich pragnień; zawsze będzie coś, czego nie będę miał, jakiś produkt, którego nie będę mógł skonsumować. Frustracja: biegnę za zdobyczą, która wciąż mi się wymyka. Tymczasem prawdziwe szczęście jest w nas, w głębi nas samych. Bierze się ze zgody między nami a światem. Jest jednocześnie łaską i wysiłkiem. Łaską – zdarzają się bowiem poranki, kiedy odczuwamy tę harmonię jako dar...
 

Fragmenty wywiadów
 

Fragment wywiadu z François Busnel dla „L’Express” (01.11.2007)

(...) „Nie mógłbym wypowiedzieć niektórych słów, nie osuwając się w przepaść” – napisał Pan w jednej z książek. Jakie mroczne historie Pan skrywa?
 
– Ukrywam moje cierpienia. Ujawniam jedynie ich rezultat, to znaczy ufność i optymizm, które dziś mnie wypełniają. Nie odczuwam żadnej potrzeby, by eksponować moje smutki i nieszczęścia. Przede wszystkim dlatego, że nie lubię postawy ofiary, apologii patosu, panującego dziś kultu negatywności. Poza tym uważam, że dużo ciekawsze jest opowiadanie o tym, co wynika z trudnych doświadczeń, niż ciągłe powracanie do przeżytej traumy. W gruncie rzeczy nie umiem opowiadać o tym, co mnie ukształtowało, inaczej niż poprzez fikcję. Każdy ma swoje sekrety, chwile załamania. Ja dzięki nim doszedłem do tego, że mogę pisać.
 
Czy aby zostać pisarzem trzeba mieć jakąś tajemnicę?
 
– Tak, potrzebne są rzeczy, których nie można sformułować dosłownie, lecz w sposób literacki, fikcjonalny, dramatyczny. Gdybym po prostu pokazał moje życie, choćby w sposób, który byłby czytelny tylko dla mnie, być może uleczyłbym niektóre źródła mego cierpienia, ale nie dotarłbym do innych ludzi, do czytelników. Myślę jednak, że kiedy jest się pisarzem wyobraźni, paradoksalnie, wyjawia się na swój temat znacznie więcej niż autor, który pisze quasi-autobiograficznie. Znam lepiej Balzaka niż Montaigne’a. Balzak nie mówi nigdy „ja”, a jednak wyraża swoją koncepcję świata, podczas gdy Montaigne, którego uwielbiam w równym stopniu, przeprowadza analizę własnego „ja” w stosunku do własnego świata, ale nie pokazuje tego świata. Można się nawet zastanawiać, czy on w ogóle ma jakiś swój świat... Dużo więcej mówi się o sobie, ukrywając się za maską wymyślonych przez siebie postaci. Być może dlatego, że czuje się bezpiecznie. I zaczyna się mówić więcej. Ale mówi się to w sposób metaforyczny – poprzez obrazy, symbole, historie, mity. Tak można dotrzeć do innych. Okrężną drogą. Żyjemy dziś w tyranii szczerości: wmawia się nam, że wartość książki polega na tym, że jest „autentyczna”, „szczera”, że jest w niej „mięso” etc. Przecież to śmieszne! Nie ma nic bardziej fałszywego niż proza o charakterze autobiograficznym, nic bardziej zachowawczego, kontrolowanego! Podczas gdy nic nie wymyka nam się tak jak wyobraźnia. Tekst, w którym odbijają się impulsy, pragnienia, fantazje. Nic nie zdradza nas bardziej niż wyobraźnia.
          
(...)
 
Czy ranią Pana negatywne opinie dziennikarzy, którzy albo w ogóle nie czytają Pana książek, albo źle je odczytują?
 
– Nie, teraz już nie. Paradoks polega na tym, że najpierw zostałem odkryty i pobłogosławiony przez krytykę, a potem przez nią zdeptany. Kiedy sprzedawało się po czterysta egzemplarzy moich książek, byłem geniuszem, przy czterdziestu tysiącach nie miałem już talentu, a przy czterystu tysiącach jestem zerem. Przynajmniej zdaniem niektórych... 
 
(...)

– Jak Pan pisze?
 
– Cały czas komponuję. Gdziekolwiek jestem, wymyślam jakieś historie. Spotykam się z mnóstwem książek, które dojrzewają w mojej głowie, a piszę przez zaledwie kilka tygodni w roku, wyłącznie po południu. Nie znam widoku czystej kartki! Kiedy już siadam do pisania, natychmiast zaczerniam stronę. Racine mówił: „Skończyłem tragedię, teraz pozostaje mi tylko ją napisać...”. Gdy zaczynam pisać, mam już gotowe pierwsze i ostatnie zdanie. Tworzę to, co pomiędzy nimi. Dzięki temu czuję się jak linoskoczek, ktoś, kto przyczepia hak do szczytu: mocuję hak pierwszego zdania do skały i ruszam w podróż, sam staram się przestraszyć, zaskoczyć, wzbudzić w czytelniku wrażenie, że mogę upaść... Pierwsze i ostatnie zdania moich powieści i sztuk teatralnych to ramy. Między nimi rozpinam linę.    
 

Fragment wywiadu z A. Lesegretain dla „La Croix” (07.10.2000)
(całość wywiadu na oficjalnej stronie Schmitta)

Z tego, co wiem, przeżył Pan głębokie doświadczenie duchowe. Co to było?
 
– Pojechałem z przyjaciółmi w góry Hoggar. Weszliśmy na najwyższy szczyt, Tahar, i chciałem zejść jako pierwszy. Szybko się zorientowałem, że obrałem złą drogę, ale szedłem nią dalej, nie mogąc oprzeć się pokusie, żeby się zgubić. Kiedy zapadła noc i zrobiło się zimno, na co nie byłem przygotowany, zagrzebałem się w piasku. Choć powinienem odczuwać lęk, ta samotna noc pod rozgwieżdżonym niebem była niezwykła. Doznałem istnienia Absolutu, poczułem pewność, że jakiś Porządek, jakaś inteligencja czuwa nad nami i że ja zostałem stworzony
w tym porządku, że ktoś mnie w nim chciał. Potem wciąż towarzyszyła mi myśl: „Wszystko jest uzasadnione”.

– Jak Pan to rozumie?
 
– Była to odpowiedź na wszystkie moje pytania dotyczące Zła. Nie mogłem się już gorszyć tym, co niepojęte. Mogłem zaakceptować śmierć jako miłą niespodziankę... Tamta noc była także doświadczeniem wieczności. Ta chwila poza czasem uczyniła mnie niewiarygodnie silnym: odtąd wiem, że wewnątrz mnie nie jestem sam – by przywołać świętego Augustyna. Ta noc mistyczna była doświadczeniem fundamentalnym.
 
(...)
 
Pamięta Pan, kiedy to się zdarzyło?
 
– Czwartego lutego 1989 roku. Od tego dnia mogę pisać. Wcześniej wszystko, co pisałem, wydawało mi się puste. Niedługo po tamtym wydarzeniu napisałem moją pierwsza sztukę, La Nuit de Valognes i od tej pory nie przestałem. Tamtej nocy na pustyni zrozumiałem, po co istnieję: jestem skrybą.
 
Czyli kimś, kto pisze pod dyktando kogoś innego?
 
– Powiedzmy, że to, co piszę, mnie przerasta.
 
 

Komentarze (0)

Brak komentarzy